Blog

Rowerowe Bieszczady (MTB|Tripping 2014)

W dniach 25-29 czerwca wybraliśmy się w polskie Bieszczady w poszukiwaniu rowerowej przygody. Piękne widoki, pogoda, świeże powietrze, determinacja we wnoszeniu rowerów na szczyt, nagrody w postaci długich, stromych, technicznych zjazdów. Ach… Brzmi jak udany wyjazd i piękne wspomnienia, nieprawdaż? W rzeczy samej. 🙂 Trasy wytyczone dla dwóch kółek sprowadzają się niestety do asfaltowych, zamkniętych dla samochodów dróg. Okej, polecam je, chociażby dla samych widoczków i bezpieczeństwa, na jazdę z sakwami czy rodzinne wypady. Jednak nasze Rowerowe Bieszczady to coś więcej. Wysiłek, przypływ adrenaliny, strome niebezpieczne trasy. Właśnie to nas kręci i właśnie po to tutaj przyjechaliśmy.

Dzień 1 – Cisna, Przysłup, Małe Jasło

Pierwszego dnia po przyjeździe, zostawiając samochód w Cisnej, pojechaliśmy do wsi Przysłup, by stamtąd udać się na Jasło (1153m n.p.m.). Nie sądziłem, że jeden z najbardziej niebezpiecznych momentów wyprawy spotka mnie właśnie tutaj, a dokładniej w Strzebowiskach. Wlokąc się wąskim asfaltem pod górę trzeba szybko zejść z drogi przed nadjeżdżającym z prędkością powyżej 80 km/h SUVem z naprzeciwka. Lekki łuk. Dwa patyki leżące na drodze. Samochód przejeżdża, jeden z patyków znalazł się pod kołami by po chwili energicznie wyskoczyć i przelecieć 5cm od mojego oka. Zdębiałem. Po dwóch minutach od tego wydarzenia, nadal z wysoko podniesionym biciem serca, słyszę szczekanie psów. Normalka. Jesteśmy na wsi. Szczekanie nasila się, spoglądamy za siebie by zobaczyć dwa bodajże dogi kanaryjskie biegnące w naszym kierunku. Pół kilometra dalej, wycieńczeni, z nogami z waty stwierdzamy, że te dwa krwiożercze zwierzęta odpuściły sobie pogoń. Dosyć! Przerwa.

rowerowe-bieszczady-pic1

Przynajmniej jakiś ładny widoczek zaczął się rysować 🙂

Dalej, przez pół godziny błądząc i nie mogąc odnaleźć drogi, weszliśmy na drogę prowadzącą na…. Małe Jasło (1102m n.p.m.). Jak się okazało trzy dni później – dobrze zrobiliśmy. Głównego podejścia do szczytu mieliśmy, wydawałoby się, niewiele bo jakieś 1,5km. Jednak nie jest to tak mało, jeśli pod uwagę weźmie się ciężki plecak, rower, który trzeba pchać lub nieść oraz nachylenie wahające się w granicach 12-18 stopni. A po drodze nawet najmniejszego kawałka wypłaszczenia. Im wyżej, tym rosła częstotliwość postojów na chwilę oddechu.

rowerowe-bieszczady-pic2

Obiektyw spłaszcza. I to jak.

Po wydającym się nie mieć końca podejściu, w końcu stanęliśmy na szczycie Małego Jasła. Stąd w planie mieliśmy zjazd do Cisnej, który po chwili odpoczynku rozpoczęliśmy.

rowerowe-bieszczady-pic3

W końcu na szczycie.

Kaski założone i zapięte. W drogę! Jedziemy czerwonym szlakiem od Małego Jasła przez Worwosokę, Różki do Cisnej.

 

Trasa była piękna, miejscami bardzo płynna, choć czasem poprzecinana sekcjami z ostrymi, ustawionymi na sztorc kamieniami. Wspomnienie miękkiego singletracka z tłustej, lekko wilgotnej ziemi, w którą wgryzały się z ochotą nasze opony do dziś przyprawia mnie o gęsią skórę. Miejscami było stromo. Bardzo stromo. Do tego stopnia, że „posadzenie” czterech liter na tylnym kole nie gwarantowało komfortu. To jedna z takich miejscówek, które weryfikują opinie forumowych wyjadaczy-teoretyków na temat Twoich hamulców. Jedno wiem – nie ma możliwości na zjazd bez przystanków na „ochłonięcie” hebli, które mówiąc delikatnie są… przystępne cenowo ;).

Trasa, pomimo swojej płynności, pokonywana na hardtailu zapewnia wystarczającą ilość drgań absorbowanych przez nogi, żebyśmy poważnie zastanowili się nad przystankiem. Na łyk wody oczywiście :).

Mnie osobiście urzekła ściana zieleni przecięta jedynie wąskim szlakiem, po którym się poruszaliśmy. Dzikość natury, która w niewielu już miejscach miała okazję przetrwać w tak niezmienionej formie, wręcz odbiera mowę.

~Rafał

Rowerowe Bieszczady wcale nie takie rowerowe?

Ano. Praktycznie wszystko co większe, z ładniejszymi widoczkami, ciekawszymi zjazdami znajduje się w granicach Bieszczadzkiego Parku Narodowego. A po Parku Narodowym jeździć nie można za co grożą ciekawe i wręcz śmieszne kary. Śmieszne, dopóki nie spotkają także nas. Od 5 do 5000 zł grzywny, do miesiąca pozbawienia wolności oraz konfiskata sprzętu. Chore. Dopóki jeździ się po szlakach oznaczonych dla turystów pieszych to nie rozumiem jaki dodatkowy zły wpływ ma to na środowisko. I tak przecież przechodzą tamtędy setki turystów dziennie. Szlak jest szeroki i bardziej wydeptany już nie będzie. Nawet gdyby dodatkowo przejeżdżała tam setka rowerzystów dziennie.

Dzień 2 – Deszcze niespokojne

Jesteś na wakacjach. Dopiero je zacząłeś, jest przecież dopiero drugi dzień Twojego wyjazdu. Dzwoni budzik, powoli otwierasz oczy, przeciągasz się i… widzisz że coś tu nie gra. „Pomyliłem się i ustawiłem budzik za wcześnie że jest tak ciemno?” Niestety. Podchodzisz do okna a za nim, no właśnie, po prostu pochmurno? Deszcz? Ulewa? Trafiony, eee… zatopiony? Przerażony szukasz informacji pogodowych na dziś. Przejaśni się zaraz, co nie? Nie. Leje równo przez calutki dzień. Zaczynasz sobie wyobrażać jak będzie wyglądało jutrzejsze podchodzenie z rowerami na Smerek. Kąpiele błotne gratis. A co, jeśli nie przestanie padać do jutra? Ano po wakacjach.

deszczowy-dzien

Telewizja i studiowanie mapy.

Nie no. Przestało padać już wieczorem. Kałuże i błoto wokół były naprawdę porządne, ale…

Dzień 3 – … nazajutrz nie było tak źle 😉 Ruszamy na Smerek

Nowy dzień, nowe siły, nowa pogoda i nowi ludzie w schronisku w Kalnicy. W tym miejscu bardzo serdecznie chciałbym pozdrowić Państwa (bodajże 2 rodziny) z powiatu tomaszowskiego (w woj. lubelskim) (a przynajmniej mieliście tablice LTM ;)), dzięki którym ten wyjazd stał się jeszcze bardziej niezapomniany. Ogniska, nie tylko wieczorne dyskusje i Wasze poczucie humoru będziemy wspominać jeszcze długo!

A wracając do tematu, po śniadaniu wyruszyliśmy na podbicie Smereka.

Było zdecydowanie lżej niż pierwszego dnia.

Było zdecydowanie lżej niż pierwszego dnia.

O ile z początku droga była grząska, nie brakowało poślizgnięć co przy stromym zboczu mogłoby się skończyć nieciekawie, o tyle im wyżej tym strumienie zamieniały się w błoto, błoto w mokry żwir, a mokry żwir w suchą ubitą ścieżkę.

Chwila odpoczynku.

Chwila odpoczynku.

Ostatni etap podejścia był najgorszy, bowiem prowadził po kamiennych stopniach, dosyć wysokich i do tego ustawionych blisko siebie. Trochę zmordowani końcówką wreszcie stanęliśmy na szczycie, na herbatkę, drugie śniadanko i delektowanie się przepięknymi widoczkami. A co!

na-szczycie-smereka1

Tak fajnie.

na-szczycie-smereka2

Tak pięknie.

Zjechać postanowiliśmy z powrotem do schroniska w Kalnicy, wybraliśmy szlak oznaczony jako czarny. Począwszy od Przełęczy Orłowicza szlak prowadził bardzo wąską ścieżką, prowadzącą raz w górę, raz w dół. Kilka razy koło zsunęło mi się z tej ścieżki i gdybym nie położył się na lewą stronę, zatrzymałbym się pewnie kilkanaście metrów niżej. Schodzenie co chwila z roweru to też była katorga. Po tym wszystkim, czyli jakiejś 1/4 drogi ze szczytu na dół, nastąpił chyba najprzyjemniejszy fragment. Las, szeroka ścieżka, trochę kamieni, przyjemne nachylenie. Trochę nas pokrzepiło. Potem było już tylko gorzej…

Oznakowanie czarnego szlaku jest tragiczne, w połowie nagle gubimy oznakowania, co kilkanaście metrów na ścieżce leżą powalone drzewa. Ewentualnie powalonym drzewom towarzyszą krzaki przez które trzeba się dodatkowo przedzierać. Gdy już znajdujemy szlak, nasza radość nie trwa długo bo po 200 metrach znowu nie ma żadnych oznaczeń a z jednej drogi robią się trzy… Pięknie. Jedziemy na orientację co po chwili na szczęście się opłaca. Jesteśmy na szlaku ponownie. Ale… może jednak lepiej było zjechać inną drogą… Znowu wszędzie powalone drzewa, błoto, a kiedy w końcu udaje się przez dłuższą chwilę pojechać, wyjeżdżamy na chwilę z lasu prosto w… maliny! Tak, dosłownie. Ścieżka zwęża się do około 30 centymetrów. Słyszę przeraźliwe bzyczenie. Cudownie! Brakowało nam jeszcze stada os. Potem było już tylko trochę błotka, kilka przewalonych drzew i dotarliśmy do Kalnicy na ognisko… Nie spodziewałem się, że ten czarny szlak okaże się taką porażką. Wykończył mnie fizycznie i psychicznie na tyle, że droga 100 metrów do sklepu by kupić piwo na wieczór, była męczarnią.

rowerowe-bieszczady-ognisko

Ukojenie.

Dzień 4 – Magura Stuposiańska

Nasze cele postawione przed wyjazdem jeśli chodzi o szczyty, z których zjedziemy, zostały przez problemy z Parkiem Narodowym zaniechane. Jednak drugiego dnia dostrzegliśmy pewną górę leżącą już poza nim, a mimo wszystko niedaleko naszego schroniska. Pojechaliśmy, zaczęliśmy mozolne podchodzenie, które co chwila przerywaliśmy ze względu na obecność dzikiej, bliżej niezidentyfikowanej lokalnej zwierzyny. Na szczęście towarzyszyła ona nam tylko przez pierwsze pół godziny. Dalej było długo, nudno i zaczynało być z lekka boleśnie. Nie ma co ukrywać, że nie byliśmy fizycznie przygotowani na kilka dni podchodzenia pod stromizny z rowerami u boku i plecakami.

Wchodziliśmy tak… jakieś 2-2,5 godziny (ustaliliśmy później że pokonaliśmy jakieś 3/4 drogi na szczyt). Zjeżdżaliśmy, 7 minut… Szlak nie był trudny, ale w tym wypadku to prędkość spowodowała ogromny przyrost endorfin 🙂 Po drodze było jeszcze trochę błotka, dzięki któremu z podniesioną głową powiedzieć można: no co, było jeżdżone!

Jakieś 5 minut po zjeździe :)

Jakieś 5 minut po zjeździe 🙂

A oto i lekko ubłocone maszyny.

A oto i lekko ubłocone maszyny.

Dzień 5 – Wracamy na Jasło!

Wszystko co „dozwolone” i dostarczające adrenaliny w okolicy już zjeżdżone. Ale gdzie było najlepiej? Chyba pierwszego dnia. Wracamy? No pewnie!

Tym razem podeszliśmy z drugiej strony. Z Cisnej na południe do granicy, stamtąd już wdrapując się szlakiem na Okrąglik. Zmęczenie naprawdę dawało znać o swojej obecności, a fragmenty gdzie ledwo dało się wejść nie na czworaka niczego nie ułatwiały. Ale kto mówił że będzie łatwo? 🙂 Ogólnie muszę przyznać, że szlak z Przełęczy nad Roztokami prowadzący przez Okrąglik na Jasło jest bardzo przyjemny. Są oczywiście wyżej wspomniane stromizny ale stanowią one mniejszą część szlaku. Chwilami jest po płaskim, chwilami z górki. Zza drzew wyłaniają się piękne widoczki na część słowacką. Cieszę się, że wybraliśmy tym razem podejście z tej strony.

bieszczady-okraglik

Widoczki z Okrąglika

Przyznam szczerze, że skoro Jasło jest wyższe od Małego Jasła (co wydaje się logiczne, ach), spodziewałem się fajnego zjazdu. Z Okrąglika było trochę błotniście, już bez żadnych widoczków, nudno i wąsko. A do tego obecne było wrażenie, że więcej jest pod górkę niż z górki. „Skrótową” wersję z Małego Jasła do Cisnej na pewno jeszcze kiedyś powtórzymy :).

Schronisko Młodzieżowe w Kalnicy

Mieści się w budynku szkoły – prosto, z sensem i po męsku. Wspólna kuchnia, łazienka i zbiorowe pokoje z wojskowymi pryczami. Dzięki uprzejmości Pani Kierownik, swoją drogą bardzo miłej kobiety, którą gorąco pozdrawiamy, mogliśmy zostawić nasz ukochany sprzęt w zamykanej szopie na noc.

kalnica-schronisko

Budynek schroniska.

Noce planowaliśmy spędzić na polu namiotowym za schroniskiem, aczkolwiek były one tak zimne, że pozwolono nam spać w środku. Obłożenie było akurat niewielkie, więc i dopłacać nie musieliśmy 🙂

schronisko-kalnica-kuchnia

Pełne wyposażenie kuchenne.

Należy wspomnieć o tym, że schronisko jest bardzo przyjazne turystom, we wspólnej kuchni możemy korzystać ze wszystkich naczyń, garnków, sztućców; w łazience i we wszystkich pomieszczeniach jest bardzo czysto i pachnąco. Co ważne, jest także ciepła woda :). Jak na nasze oczekiwania – cud, miód i orzeszki…

(Zdjęcia schroniska pochodzą z jego strony internetowej: http://www.ptsmkalnica.bieszczady.pl/)

Koniec przygody

W zamyśle wyjazdu mieliśmy 5 dni jeżdżenia a w tym: zjazd z Jasła, Smereka, Tarnicy, przejazd Połoniną Wetlińską i zjazd do Wetliny oraz „coś jeszcze” co wpadnie nam do głowy już podczas pobytu 🙂 Zrealizowaliśmy jedynie Jasło (i to podwójnie), Smerek i owe „coś jeszcze” czym było wdrapanie się na Magurę Stuposiańską. Na szczęście przeżycia zrekompensowały niewykonanie planu a i tak wracaliśmy do Warszawy w początek załamania pogody.

Oto nasze Rowerowe Bieszczady 2014. Ogromnie cieszy mnie jeśli przeczytaliście do końca, pozytywne komentarze mile widziane 🙂